RSS
piątek, 29 października 2004
Historie polsko-tureckie
Jesień. Późny wieczór. Jedna z bram w centrum Warszawy. Zaczepia nas postawny jegomość. Domyślamy się, że może mu chodzić o zawartość naszych portfeli, ale jesteśmy w błędzie. Mężczyzna chce się z nami podzielić swoim oburzeniem. Historia zaczyna się „w którymś tam wieku”, kiedy wojsko polskie króla Sobieskiego zwyciężyło wojsko tureckie. Nasi przodkowie byli jednak na tyle wspaniałomyślni, by zwrócić stronie pokonanej zagarnięte „jakieś berła”. Od tego momentu w parlamencie tureckim zachowane jest miejsce dla posła polskiego. Aby przekonać nas o wiarygodności swej opowieści mężczyzna powołuje się na autorytet naukowy, pewnego profesora tureckiego, z którym siedział przez trzy miesiące w więzieniu w Karlsruhe. Oburzenie naszego informatora wynika z tego, że w właściciel tureckiego baru, z którego mężczyzna właśnie wyszedł, nic nie wiedział o tak silnie ugruntowanych więzach między dwoma krajami.

Wzruszyło nas, jak wielkie wrażenie zrobiła na postawnym jegomościu nieświadomość historyczna jego rozmówcy. Mężczyzna wręcz powątpiewał, czy aby na pewno „ten Turek był Turkiem”. Bowiem mocniejszym czynnikiem integracyjnym między narodami okazuje się wspólna historia, nie zaś kuchnia.

jk
01:31, ciborro
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 października 2004
Represje normalności
Warszawa, Jesień. Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana wraz z mieszkańcami kamienic przy ulicy Smolnej organizują konkurs na nowe wzory miejskich naklejek informacyjnych. Inicjatywa warta nagłośnienia. Fundacja, która za cel stawia sobie uczłowieczenie miasta oraz opiewana przez media sąsiedzka wspólnota, która zrywa z typową warszawską anonimowością i tworzy nową jakość w życiu społecznym stolicy, połączyły siły, by zadbać o dobro wspólne. Konkurs nosi tytuł „W strefie normalności”, a "miejscy dizajnerzy" proszeni są o stworzenie graficznych odpowiedników następujących „informacji”:

ZAKAZ ŚMIECENIA
NIE JEŹDZIC NA ROLKACH
NIE WSADZAĆ ROWERU DO WINDY
ZAKAZ PICIA ALKOHOLU
ZAKAZ PALENIA PAPIEROSÓW
ZAKAZ SŁUCHANIA GŁOŚNO MUZYKI PO 22
ZAKAZ GRAFFITI
NIE TRZASKAĆ DRZWIAMI
ZAKAZ GRANIA W PIŁKĘ
ZAKAZ SIKANIA DLA PSÓW

Cóż. Wygląda na to, że normalność można budować jedynie zakazami, a nawet najbardziej zintegrowana wspólnota woli anonimowe informacje o tym, czego nie wolno, niż ciężką pracę nad współodpowiedzialnością. Staramy się stworzyć nowy rodzaj lokalnej wspólnoty, otworzyć miasto, zintegrować mieszkańców, ale nie nauczyliśmy się jeszcze odpowiedniego języka. W rezultacie zza ram pozytywnego projektu wyziera represja i wykluczenie. Tak jak w rajach nowych osiedli, które istnieją tylko dzięki wysokim ogrodzeniom i stanowczym ochroniarzom.

Jednak jest i światełko w tunelu. Ostatni temat do graficznego opracowania to: LUBIĘ SWOJEGO SĄSIADA. Gdyby ta informacja rzeczywiście działała, pozostałe naklejki byłyby niepotrzebne.

ck
11:08, ciborro
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 25 października 2004
Ks. Jerzy kontra różowe jelenie
Warszawa Powiśle, październik. Na trawce, niedaleko biblioteki uniwersyteckiej pasą się... różowe jelenie. I świecą. To projekt artystyczny mający ożywić ten fragment Warszawy. W dżdżysty dzień przy plastikowych jeleniach spotykam pięćdziesięcioparoletniego mężczyznę, który zachwyca się – widzianymi po raz pierwszy – rzeźbami i mówi: „No fajne to! Ale na pewno zaraz ktoś się znajdzie i powie, tak jak przy okazji Palmy na Rondzie de Gaulle’a, że lepiej, aby tu stał pomnik księdza Jerzego”. Następnie mężczyzna rozwija swoją gorzką wizję Polski zdominowanej przez „Polaków-katolików”.

Zawsze uważałem, że w Warszawie za mało jest miejsc „dla ludzi”, umożliwiających spacer i zachwyt małą architekturą (na przykład różową i świecącą). Ucieszyłem się z „miejskiego projektu rozweselającego”, choć jasne było, że jelenie nie spodobają się wszystkim. Jasne też jest, że przestrzeń publiczna, jest sferą politycznych sporów, (porównaj wpis o pięknie blokowisk i komentarze). Ciekawi mnie jednak, co sprawia, że dyskusja o przestrzeni publicznej ma tak silnie wykluczający charakter. Jakie procesy zachodzą w społecznej debacie i naszej wizji miasta, że jedni postrzegają Palmę jako konkurencję dla księdza Popiełuszki, a drudzy patrzą na Różowe Jelenie, jako na zwycięstwo nad polskim katolicyzmem? Jak to się stało, że przestrzeń publiczna, która w demokratycznej utopii ma być miejscem spotkania równych, choć różnych, u nas staje się polem krwawej walki o Boga-Honor-Ojczyznę lub przeciw nim?

ck

  foto z bec.art.pl

08:24, ciborro
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 października 2004
Niezły dowcip
Warszawa, 12 października. Podczas spotkania z I. rozmowa schodzi na tematy ostateczne. I., kobieta nowoczesna i inteligentna, sugeruje, że spotkanie jej z kimś byłoby możliwe co najwyżej w innym wcieleniu. Pytam, czy wierzy w reinkarnację. I. odpowiada poważnie, że tak. Ja przyjmuję to poważnie do wiadomości, bo dzisiaj – jak mi się wydaję – można wierzyć we wszystko. Jak się jednak okazuje, nie we wszystko. I. pyta mnie, czy wierzę w reinkarnację, a ja odpowiadam: „Nie. Jestem chrześcijaninem”. I. wybucha śmiechem, jakby usłyszała niezły dowcip.

ck
14:07, ciborro
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 października 2004
Życie w metrze
Warszawskie metro, letnie godziny szczytu. Bezwzględność ludzkich zapachów połączonych z upałem i ciasnotą przestrzeni. Lepią się wszyscy, przywierają do siebie, z rezygnacją pozwalają bezkarnie naruszać strefę prywatności ciała. Jak najmniej ruchu – żeby nie przykleić się przypadkiem do czyichś spoconych pleców czy piersi na zawsze. Jak najmniej słów – zbyt wiele wokół niepowołanych uszu.

W kącie wagonu trwa jednak ożywiona dyskusja: przekrzykiwanie, żarciki, ekscytacja. Grupka pochłoniętych rozmową dzieciaków (wiek gimnazjalny) nie zważa na stłoczoną, milczącą ciżbę. Wiercą się, wymachują rękoma, dotykają, poklepują. Ciżba popatruje na nich ukradkiem, zażenowana jakby, nikt się nie burzy, nikt nie śmie zwrócić im uwagi.

Tuż przy nich stoi jakiś młodzieniec z książką w ręku. Najwyraźniej nie przeszkadza mu hałas. Nie wiem, czy w ogóle go dostrzega – zaczytany. Zaglądam mu przez ramię: „Tak powstawały nasze wewnętrzne, tajne i zamknięte języki: rozumienie treści i tak nie należało do…” (zatrzęsło przy hamowaniu) „…niejednokrotnie miały okazję do wyrażania zachwytu językową różnorodnością Europy i ulubionym, powtarzanym przez wszystkich mitem o dziewięćdziesięciu ośmiu językach obecnych w naszym pociągu, tej »ruchomej wieży Babel«”.

Rozmowa staje się coraz bardziej burzliwa: oczy dzieciakom błyszczą, opowiadają coś sobie, zaśmiewają się z czegoś do rozpuku. Ciżba nie rozumie dowcipu, zresztą wcale nie rozumie ich języka. Bo dzieciaki mówią językiem migowym. Nie, nie mówią: wrzeszczą na całego. Te ruchliwe, chude ramiona, dłonie, palce czynią nieopisany gwar. Nie sposób nie podsłuchiwać (nie podglądać). Rzadko można zobaczyć tak bezwstydnie głośną rozmowę w tzw. miejscu publicznym. Na tle tych ekspresyjnych, ezoterycznych gestów woskowa nieruchomość i milczenie pozostałych pasażerów zdają się chorobliwe. Tym bardziej że jak mogą poskramiają swoją ciekawość, uważając zapewne, że byłaby nietaktem.

Przystanek. Dzieciaki, nie przerywając rozmowy, wybiegają z wagonu. Robi się cicho.

jo
11:47, ciborro
Link Komentarze (1) »
środa, 20 października 2004
Egzotyczne pocałunki
Stolica, niedawno. Relatywizm pojęcia „egzotyka” jest od dawna jasnością. I my w naszych najpowszedniejszych zachowaniach możemy wydać się komuś egzotyczni – to zależy wyłącznie od perspektywy patrzącego. Okazuje się, że perspektywa ta nie musi być nawet specjalnie wydłużona. Pewna znajoma Irlandka odwiedziła mnie niedawno w Warszawie. Działo się to w trakcie festiwalu teatralnego, któremu towarzyszyły dyskusje, otwarcia, panele i co tam jeszcze. Irlandka u mego boku spędzała więc czas kulturalnie, uroczyście i wieczorowo. Wino uszlachetniało plastikowe kubki, mężczyźni całowali po rękach… Kiedy po kilku dniach wyjeżdżała, nie mogłam jej odprowadzić i poprosiłam o to znajomą. Zagadnięta później o relację z odjazdu pociągu, miała minę lekko skonsternowaną: – Ta twoja Irlandka… niby w porządku, ale chyba jakaś niezrównoważona. Na do widzenia pocałowała mnie w rękę.

Moja Irlandka rzeczywiście wspominała mi, że ten sposób okazywania szacunku niezwykle ją ujął. Nie przyszło mi do głowy, że – tak istotne w tym wypadku – rozdzielenie ról wedle płci mogło umknąć jej uwadze. No cóż, jak poucza mądrość ludowa: diabeł tkwi w szczególe.

az
11:02, ciborro
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 października 2004
Okruszkowe gesty
Autobus 195, jesień. Siedzę koło pani, która z równym entuzjazmem czyta książkę i je herbatniki. Po każdym gryzie wykonuje ten sam gest: tuż nad moimi kolanami pociera palce, chcąc pozbyć się okruszków, a następnie strzepuje pozostałości ciastka ze stron książki – nie przerywając lektury. Szybko nieświadoma wciągam się w jej grę. Kiedy ona strzepuje okruszki nad moimi kolanami, ja odsuwam się niezbyt ostentacyjnie – bezskutecznie, i tak lektura oraz smak herbatników nie pozwalają pani na zauważanie zewnętrznego świata. Ten teatr gestów trwa przez chwilę, choć aktorzy nie mają o tym pojęcia. Po pewnym czasie zauważam nasze bezmyślne ruchy, trochę się denerwuję, bo niezbyt lubię resztki ciastek – zwłaszcza cudze – na swoich spodniach. Szybko jednak zauważam, że okruszki są całkowicie wyimaginowane. Ciastka nie są aż tak kruche albo pani zjada je tak profesjonalnie. Na stronach książki ani moich spodniach nie zauważam żadnych śladów herbatników.

Spokojna poddaję rzecz refleksji: zatem nasze zachowanie należy interpretować jako rodzaj atawizmu. Nasze ciała nieraz reagują na świat zewnętrzny, nie pytając się oczu i mózgu, czy warto się wysilać. A może jest wiele takich pustych gestów, których nie musimy wykonywać, ale wykonujemy, by zachować porządek świata, by nie zgubić się w nadmiarze znaków? Moje rozważania trwałyby pewno jeszcze długo, gdyby nie następny gest mojej sąsiadki. Oto pani zaczęła kaszleć, ale jej ciało zapomniało – lub też chciało sprawdzić moją reakcję – że należy wówczas zasłonić usta. Teraz nie zastanawiałam się już nad tym, czy kaszel i bakterie są wyimaginowane. Wstałam, a zaraz był mój przystanek.

mag
11:25, ciborro
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 października 2004
Interfejs geniuszu
Radio Bis, 17 października. Znana rysowniczka komiksowego blogu (o nicku przywołującym na myśl dziecięce ubranka) wypowiada się w radiu na temat swojej sztuki.

Pytanie: Dlaczego blog?
Rysowniczka: Założyłam blog, bo nie potrafiłam projektować stron WWW.
Pytanie: Skąd się wziął twój styl?
Rysowniczka: Na komputerze w pracy miałam tylko „Painta”, a poza tym wtedy jeszcze nie umiałam obsługiwać innych programów graficznych.
Pytanie: Wolisz rysować na komputerze?
Rysowniczka: Oczywiście kiedyś rysowałam także na papierze, ale wolę na komputerze. Łatwiej jest wymazać, jak coś nie wyjdzie. A na papierze albo na płótnie to już nie tak łatwo.

Żeby było jasne, na samym początku pragnę podkreślić, że nie mam zamiaru krytykować prac znanej rysowniczki. O gustach się nie dyskutuje. Chciałem jedynie pokazać pewną zasadniczą, zachodzących na naszych oczach, zmianę w rozumieniu sztuki.

Od starożytności zastępy myślicieli zastanawiały się czym jest sztuka i poza platońską triadą (dobro, piękno, prawda), poza romantycznym (ale korzeniami też tkwiącym gdzieś koło Platona) tchnieniem geniuszu, zwracały uwagę na rzemieślniczą sprawność. Artysta to ten, który potrafi. Potrafi wyrzeźbić, namalować, skomponować, „zainstalować” wideo. Kiedy mówimy „to sztuka zrobić to i to”, mamy na myśli, że „to i to” jest zrobić trudno.

Dziś, dzięki elektronicznym narzędziom produkcji i dystrybucji, szereg trudności znika. Jeśli nawet obsługa Corela wyda się komuś zbyt skomplikowana, zawsze może znaleźć łatwiejsze programy. Sztuka polega dziś na tym, aby sobie ułatwiać. Zmaganie z materią nie jest już wartością. Powoli zbliżamy się do sytuacji, w której niczym nieograniczony artystyczny geniusz poprzez zgrabny, przyjazny użytkownikowi, interfejs, po prostu rozleje się po świecie (to znaczy: po Sieci). I wtedy dopiero się okaże, kto jest artystą!

ck
08:18, ciborro
Link Komentarze (5) »
sobota, 16 października 2004
Aktywni
Kilka miesięcy temu, Internet. „Ubieramy ludzi aktywnych i żywiołowych, którzy wiedzą, czego chcą od życia. Świadomych swoich wyborów, nieskrępowanych zasadami. Oryginalnych i swobodnych, bo to oni nadają życiu ton”. Ta informacja została wysłana do internautów przez firmę odzieżową Reserved. Tak się dziwnie złożyło, że akurat bladozielona bluzka, którą miałam na sobie, gdy czytałam tę reklamę, została niedawno kupiona w sklepie tej właśnie firmy. Poczułam się więc niezręcznie. Obudziły się we mnie wyrzuty sumienia. Bo aktywna to może czasem jestem, ale żywiołowa? Czy wiem, czego chcę od życia? Nie, nawet nie wiem, czego ono może chcieć ode mnie. Wybory – raczej przypadkowe, zasady – może niezbyt surowe, ale krępują. Oryginalna – chciałoby się, swobodna – nieswobodna. Więcej chyba nie powinnam robić tam zakupów. A poza tym – to już bunt, nie wyrzuty sumienia – dlaczego akurat tacy ludzie mają nadawać życiu ton?

A taka ładna ta bluzka…

mag
13:10, ciborro
Link Komentarze (5) »
czwartek, 14 października 2004
Po prostu: SAVE
Warszawa, 1 sierpnia 2004. Nowy Świat, zamknięty w niedzielę dla ruchu samochodowego, zmienia się w deptak. Jemy lody w zatłoczonym ogródku kawiarni. Przy stoliku obok siedzą trzej mężczyźni i dziewczyna, piją piwo, opowiadają o jakimś meczu, popisują się, są już trochę wstawieni. O 17 rozlegają się syreny. Ich dźwięk dobiega z daleka, nie jest zbyt głośny, słychać go gdzieś obok, nie nad nami. Do kelnerki, pochłoniętej sprzątaniem ze stolika, ten nowy odgłos chyba nie dociera. Dopiero jeden z mężczyzn zatrzymuje ją, łapiąc za rękę: „Pani to zostawi. Ja panią bardzo proszę, pani to zostawi, dobrze?”, i ogródek zamiera w bezruchu i ciszy. Kiedy syreny milkną, wracamy do swoich lodów, piwa, dziewczyny, sprzątania. Jakby na zatrzymanym na chwilę filmie po PAUSE ktoś nacisnął PLAY, na ulicę powraca życie.

Na przystanku plakat - fotografia starszej pani, podpisana jej imieniem i nazwiskiem. Walczyła w Powstaniu, przeżyła, żyje nadal. Jej historia ma dalszy ciąg, przestaje być opowieścią o życiu na obcej planecie. Jej życie trwa i dzisiaj toczy się w tym samym czasie i miejscu, co moje. Na kolejnym plakacie starszy pan zastanawia się: czy dzisiaj zrobiłbym to samo? Minęło wiele lat. Życie, które idzie naprzód, nie pozwala zastygnąć dokonanym kiedyś uczynkom, podjętym dawno temu decyzjom i wyborom. Czyni nas innymi ludźmi. Całkiem możliwe, że młody powstaniec jest równie daleką i abstrakcyjną postacią dla siebie samego 60 lat później, jak dla ucznia, który czyta o nim w podręczniku. Na ulotce „Uczestnicy Powstania Warszawskiego” figuruje Alina Janowska. Dla mnie jest przede wszystkim bohaterką uwielbianej w dzieciństwie „Wojny domowej”, ale przedtem, jak się okazuje, był Pawiak i kanały. Albo raczej odwrotnie: po Pawiaku i kanałach było 40 ról filmowych. W tym roku podczas obchodów rocznicy Powstania ktoś – nie wiem kto – nacisnął PLAY i pokazał nam ciąg dalszy i prawdziwe zakończenie Powstania - życie. Jednak jeśli mamy wynieść coś z tego pokazu, powinniśmy posługiwać się funkcją SAVE - pamięcią.

aw notka opublikowana w ostatnim numerze pisma "(op.cit.,)"
00:17, ciborro
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3