RSS
czwartek, 05 lipca 2007
Konkurs na notkę z Polski
PRZEPRASZAMY za nieuzeupełnianie przez parę miesięcy bloga i tym samym opóźnienia w publikacji konkursowych notek. Na razie publikujemy pierwsze trzy nagrody, a wyróżnienia pojawią się wkrótce
16:04, ciborro
Link Komentarze (1) »
3 miejsce w konkursie na notkę z Polski
Jechałem samochodem, za szybą migotał w letnim słońcu Dunajec. Musiałem się zatrzymać, sprawdzić chłodzenie. Po chwili przestał mnie zupełnie interesować silnik – na kamienisty plac w krzakach zajechał biały mercedes, rejestracja gdzieś z północno-zachodniej Polski; wysiadła czwórka Romów: dwie starsze kobiety, otyły mężczyzna w jasnym kapeluszu i chłopiec. Stary rozsiadł się na rozkładanym stołku, mały w mig naznosił z nadbrzeżnych zarośli drewna i rozpalił ognisko, kobiety wyrzuciły z samochodu niemal całe mieszkanie: naczynia, szmaty, kołdry i… zabitą gęś. Rozsiadły się na owych pościelach i dywanach, niczym dawne piersiaste boginki nad moczarem. Mrużyły oczy do słońca, odgarniając smolisto-siwe kosmyki włosów. Wprawnie oskubały trupa z piórek. Pewnie mieszkają gdzieś na osiedlu w miejskim bloku lub w podmiejskim pałacu całym w tralkach, ale lato wygania ich na wędrówkę. Jak zawsze, od kilkuset lat.

Marek Majerczak
16:01, ciborro
Link Komentarze (2) »
2 miejsce w konkursie na notkę z Polski
Polska, centrum Rzeszowa, wnętrze pierwszego dyskontu odzieżowego, nie żadnego tam lumpeksu, szmateksu czy ciucholandu. Przy wejściu okazały poster nęci Import USA Anglia Kanada. Skuszony obietnicą taniej, acz szykownej liberii (a nuż znudzony Giorgio Armani zostawił tu swój ostatni garnitur kolekcji lato/jesień) wędrowiec nie ma pojęcia, co czeka na niego w przepastnym wnętrzu na-strojowego przybytku. Zostaje zaatakowany gradem bodźców i wrażeń. Duża hala o ogromnych oknach. Na wieszakach, stołach, w skrzyniach kotłująca się masa gałganów, ciuchów, łachów, galotów… ubrań? Odzieżowy smorgasbord, karnawał dla beztroskiego konsumenta, radośnie podrzucającego, tarzającego się w płynnej, kipiącej kolorami masie strojów. Lecz ekstatyczne pląsy homo ludens coraz częściej przeradzają się w miarowe, zautomatyzowane ruchy homo faber – w rytm płynącej z głośników ogłuszającej muzyki techno falujący tłum zdaje się już nie beztroską karnawałową paradą, lecz sprawnie działającą skomplikowaną maszynerią, która systematycznie przerzuca kolejne partie odzieżowej materii. Z oczu wyziera pierwotna, soczysta radość pierwszych manufaktur, na nowo odnalezione poczucie wspólnoty; praca wykonywana jest z radością, bo czeka za nią godziwa zapłata – lśniąca, piękna, ekskluzywna, własnoręcznie wygrzebana Sz(m)ata. „Jeszcze mi trzy wieszaki zostało i na dziś kończę”, w amoku rozkoszy/pracy powie swej nowej koleżance/współpracowniczce z dyskontu matka Polka po czterdziestce, z uwieszonymi na niej dwoma rumianymi pociechami.

A dawniej, za komuny, w hali była branżowa restauracja, a w niej Stowarzyszenie Elektryków Polskich zawsze hucznie bawiło się na sylwka z prądem, aż iskry leciały! Ale sylwek może być co tydzień – kolejna dostawa już we wtorek!!! Prosto z Anglii!!!

Łukasz Barciński
16:00, ciborro
Link Komentarze (1) »
1 miejsce w konkursie na notkę z Polski
Czerwiec, Zwierzyniec, późny wieczór. Szukamy schroniska. Jedyną napotkaną osobą jest dozorczyni technikum drzewnego. Pokazuje nam drogę i o wszystko wypytuje. Skąd jedziemy, czy się nie boimy, same, na rowerach, po nocy? Co na to nasi rodzice? Wydaje się bardzo zatroskana naszą wyprawą, na koniec jednak stwierdza z zadowoleniem: „No, ale bardzo dobrze trafiłyście. U nas to sobie odpoczniecie. I do lasu pójdziecie czy nad wodę. Nikt wam krzywdy nie zrobi. Ale do Biłgoraju nie jedźcie! Tam to nic dobrego, same łobuzy…”. Słowa dozorczyni bardzo mnie uspokajają. Dobrze jest trafić do miejsca, gdzie wciąż panują jasne zasady. Wiadomo, gdzie się kończy orbis interior, a zaczyna orbis exterior, kto swój, a kto obcy. Łobuzy z Biłgoraja są niezbędne do stworzenia portretu własnej wspólnotowej tożsamości, rodzącej się w opozycji do innego i przez przejmowanie wszystkich cech pozytywnych, których innemu odmawiamy.

Jednocześnie nachodzi mnie déjà vu (czy może raczej déjà lu?). Ryszard Kapuściński w którejś części Lapidarium opowiadał o parze, która przewędrowała świat dookoła. Podróżnicy spotykali na swojej drodze samych życzliwych i pomocnych ludzi. W każdej wiosce mieszkańcy powtarzali jednak, jak refren: „Tak, tak, tu żyją sami porządni ludzie, ale tam, w następnej wsi, nic dobrego was nie spotka”. Oczywiście okazywało się, że ludzie w kolejnej miejscowości byli równie przyjaźni.

Być może dlatego właśnie podróżujemy. Żeby odkryć, że ludzie w następnej wsi też są dobrzy.

Weronika Parfianowicz
15:59, ciborro
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 grudnia 2006
Niebezpieczne bezpieczeństwo
Ruchliwe rondo w Warszawie, jesiennny wieczór. Bezpieczeństwo ontologiczne jest bardzo przydatną kategorią przy badaniu relacji człowieka ze środowiskiem jego życia. Przez jego pryzmat można spojrzeć na takie kwestie jak np. ruch uliczny: mamy zielone światło na pasach – więc idziemy. Jesteśmy bezpieczni, auta stoją. Nam się spieszy; chcemy zrekompensować sobie czas, jaki spędziliśmy czekając na światłach, żeby móc wreszcie przejść.

Bezpieczeństwo dotyczy też faktu, że złe rzeczy (na przykład wypadki) zdarzają się nie nam i nie mają nigdy miejsca w naszej bliskości. Karetka na sygnale nigdy nie dotyczy NAS. Co najwyżej patrzymy z okna przejeżdżającego tramwaju, jak głupsi przecież od nas kierowcy ospale zjeżdżają z drogi ambulansu, a czasem nawet wykorzystują jego obecność do przemknięcia nieco dalej, czego nie omieszkamy, oczywiście, zjadliwie skomentować.

Kiedy wchodzimy na pasy, ich przestrzeń staje się nasza, my – piesi – zawłaszczamy ją zielonym światłem i pewnym krokiem. Dla kobiety w ciemnym płaszczu, która szybko, choć miarowo i spokojnie, zderzenie wypracowanego bezpieczeństwa ontologicznego z niecodzienną sytuacją okazało się nieomal tragiczne.

Na pasy weszła jako jedna z ostatnich, wzrokiem lustrowała tory i nadjeżdżające tramwaje, a może patrzyła przed siebie w zamyśleniu? Spod kół karetki przebijającej się z mozołem przez rząd samochodów z wyjącą od dobrej minuty syreną uskoczyła dosłownie w ostatniej chwili.

MMM
15:00, ciborro
Link Komentarze (5) »
wtorek, 05 grudnia 2006
Dyskretny urok zetpetów
Polska, dziś. Niesamowite, jak gender potrafi utrudnić życie codzienne. Weźmy prostą czynność: pieczenie ciasta. Przyjaciółka ma chłopaka, on ją uwielbia, ona jego też, ptaszki i kwiatki, i umówiła się z nim na dziewiątą. W pierwszej chwili pomyślała: upiekę mu ciasto. Niedrogie, twórcze, razem sobie zjemy. Zaraz jednak opadły ją wątpliwości. Włączył się jej gender. Zaczęła się intensywnie zastanawiać: czy powinna piec ciasto chłopakowi? A co jeśli on pomyśli, że to oznacza, że ona uważa, że naturalną rolą kobiety jest piec ciasta, gotować zupy, myć podłogi i nie usuwać ciąży? Czy razem z ciastem nie połknie całego tego „normalnego” zestawu? Czy nie będzie to dla niego sygnał w kodzie patriarchalnym: ja jestem dziewczyną, ty chłopakiem, oto mój wkład w moją rolę. Mój dar, mój obowiązek.

Moja przyjaciółka zaczęła pytać: co będzie znaczyć ciasto? Jaka będzie zawartość symboliczna ciasta? Oto, na jakie manowce może cię, młoda Polko, zaprowadzić myślenie w kategoriach gender i twierdzenia konstruktywizmu społecznego. Ciasto przestało być niewinnym elementem randki, stało się komunikatem wpisanym w historię władzy i w symbolikę płci kulturowej. Stało się symbolem, który znaczy dużo więcej niż jedzenie. Emblematem, odwołującym się do rozległych zestawów wyobrażeń, o których nawet nie mówimy, tak są oczywiste. Ciasto, matka, dom. Żona, połowa, dopasowanie…

To dzieje się właśnie tu: w sferze spraw, które wchodzą bez czucia. Naturalne, obowiązkowe, przyzwoite, dobre. Kwestionowanie tych „oczywistości” jest śmieszne, jest pretensjonalnym czepianiem się dobrze urządzonego świata. Tak działa kultura: zakrywa różnice. Władzę i nierówność łączy z różnicami w ciele. To, co najbardziej społeczne, wtyka nam jako naturalne. Odwołuje się do rozbrajających faktów, do zdrowego rozsądku: urodziłaś się z dziurą, nie z ptakiem. Minus, plus. Miska, patyk. No chyba widzisz różnicę.

ptica
17:13, ciborro
Link Komentarze (14) »
niedziela, 05 listopada 2006
Cmentarz Bródnowski, Warszawa, 1 listopada. Z roku na rok coraz lepiej rozumiem, że uroczystość Wszystkich Świętych jest prawdziwym świętem. Świętem, którym rządzi powtarzalność i które odbudowuje świat w oparciu o mit. Biegając od grobu do grobu słucham po raz kolejny tych samych i takich samych, a jednak wciąż nowych i odnawiających historii o Bolesławach, Bronisławach, Aleksandrach i Zofiach, którzy zmarli długo przed moim urodzeniem. Ich nagrobki są rzeczywiście tego dnia znakami pamięci, przywołującymi moim starszym bliskim wspomnienia naszych zmarłych, a mi – wspomnienia poprzednich wizyt na cmentarzu. Gdy tylko wrócę do domu znowu zapomnę, kto jest kim na długiej liście naszych antenatów. Ale to zapomnienie też jest częścią święta, które za rok znów połączy żyjących.

ck
21:06, ciborro
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 października 2006
Patrząc na krecika
Sierpień. Praga czeska. Stare miasto, ulicą przewala się tłum turystów. Przed sklepem z zabawkami przechadza się znajoma postać z czechosłowackich dobranocek: metr pięćdziesiąt wzrostu, duże oczy, czarujący uśmiech – krecik. Choć przestępuje z nogi na nogę raczej ospale i tylko czasem pomacha łapą do dzieciaków, to i tak wzbudza sensację wśród przechodniów, małych i dużych. Co jakiś czas przed krecikiem zatrzymuje się jakaś grupa turystów, żeby się z nim sfotografować. W pewnym momencie wśród tłumku zauważam dwie zakwefione kobiety z wózkami. Choć nie widać ich twarzy, to w oczach i gestach wyraźnie widać sympatię, jaką wzbudza w nich postać z bajki. Jedna z kobiet próbuje nawet przekonać onieśmieloną córeczkę, żeby wyszła z wózka spacerowego i podeszła do krecika. Starsze dzieci już się przytulają do sympatycznego stwora.

Przyglądam się scence przez dłuższą chwilę. Łapię się na tym, że właściwie przyglądam się zakwefionym kobietom. Z ciekawością kobiety europejskiej. Przyglądam się ich patrzeniu na postać z czechosłowackich dobranocek (ciekawe, czy je widziały w dzieciństwie?). Przyglądam się ich ubiorowi, nieczęstemu i nietypowemu dla turystek tu, w środkowej Europie. Ciekawe, kto tak na prawdę kryje się pod fałdami burki, jak te kobiety wyglądałyby w europejskim stroju. Nie należę do ich rodziny i przyjaciół, więc nigdy się tego nie dowiem. Muszę się zadowolić widokiem oczu i dłoni kobiet. Reszta pozostanie ukryta. Podobnie jak niewielkiej postury osóbka kryjąca się pod cielskiem pluszowego krecika, której wystają tylko zmęczone stopy w sandałach. Podobnie, choć zupełnie inaczej.

jk
15:47, ciborro
Link Komentarze (2) »
środa, 18 października 2006
Co woli polski żołnierz
Warszawa, 15 sierpnia, Dzień Wojska Polskiego. Podchodząc do Ogrodu Saskiego, widzę wynurzające się zza wierzchołków drzew wojskowe helikoptery. Przelatują z hukiem tuż nad dachami domów przy ulicy Królewskiej. Właśnie skończyła się uroczysta defilada na placu Piłsudskiego i tłumy warszawiaków ciągną do parku na okolicznościowy piknik.

Kiedy wracam tą samą drogą trzy godziny później, piknik jeszcze trwa i z głębi parku słychać orkiestrę grającą jakiś jazzowy standard. Po paru minutach rozpoznaję melodię – to Diamonds Are the Girl's Best Friends! Co robi przebój Marilyn Monroe na imprezie z okazji dnia chwały polskiego oręża? Choć nie poznam nigdy intencji organizatorów, mam swoją interpretację: pewnie chcieli przypomnieć uczestnikom święta, że z tym całym strzelaniem i maszerowaniem nie warto przesadzać. W tej piosence Marilyn śpiewała przecież, że od poległych (w pojedynku) mężczyzn lepsi są żywi (i bogaci). I jeśli ludzkości udało się przetrwać mimo tylu konfliktów zbrojnych, to dlatego, że generalnie mężczyźni, nawet ci w mundurach, na dłuższą metę od najpiękniejszych nawet śmigłowców wolą blondynki...

aw
00:06, ciborro
Link Komentarze (1) »
piątek, 29 września 2006
Yes it is posiible!
Niedzielne popołudnie, dworzec autobusowy w Krakowie. Na ścianie wisi plakacik z zachęcającymi kolorowymi literami "Auschwitz Birkenau from the city centre? Yes, it is possible!"

Dopiero po chwili dotarło do mnie bogactwo niechcianych znaczeń zawartych w tym krótkim przekazie. Jak przysłowiowe klatki przyspieszonego filmu przebiegły mi przez pamięć obrazy łapanek w okupowanych miastach. Kadry z filmów, fragmenty książek. I kolorowe szyldy z samoprzylepnej folii. Obrazy bydlęcych wagonów na przemian z obrazami uśmiechniętych pań w progu samolotu. Szarobure sepie na przemian z kalejdoskopem jaskrawości. Rytm kół na szynach i serii z automatu na przemian z perkusją i gitarowym riffem.

Do dziś jestem jak zahipnotyzowany kiedy sobie to przypomnę.

Jako samozwańczy intelektualista-patriota a zarazem zawodowy copywriter siedzę okrakiem na narowistej kobyle znaczeń i uwielbiam kiedy mnie ponosi.

Rozumiem jak pożyteczną robotę dla swoich klientów robi firma dowożąca wycieczki do obozu zagłady. Rozumiem jak dobrze, że nie wymaga to dotacji i wszystkim się opłaca. Rozumiem jak pięknym przykładem przedsiębiorczości i pokojowej współpracy narodów jest taka, inicjatywa.

Nie moge się jednak oprzeć wrażeniu, że coś nam się tutaj sążniście popieprzyło.

Jako dziecko punk-rocka pozostaję pod urokiem tych zgrzytów.

Gastarbeiter
16:28, ciborro
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17